Wirtualne waluty – wirtualne bogactwo

Mając 1000 bitcoinów można by się nazwać bogatym człowiekiem. Są jednak warunki – albo nasze tysiąc monet ktoś musiałby chcieć od nas kupić, albo moglibyśmy za coś nimi zapłacić, albo też nie istniałoby ryzyko gwałtownego załamania kursu. Najlepiej też, aby bitcoinowa „waluta” ta była przez jakąkolwiek poważną, a najlepiej również wypłacalną instytucję gwarantowana. Strasznie dużo tych warunków, prawda?

Jeśli ktoś ma za dużo pieniędzy i nie wie, co z nimi robić lub zupełnie nie interesuje go ryzyko kursowe to może w wirtualne waluty inwestować. Może się uda. Wszyscy inni powinni sobie przed podjęciem takiej decyzji zadać pytanie: „po co?” i przeanalizować, co najmniej klika ważnych informacji dostępnych na rynku.

Wiem, że kurs bitcoina rozpala wyobraźnię, ale jego gwałtowny wzrost a potem błyskawiczne załamanie powinno ostudzić gorące głowy. Poza tym na giełdach jest powiedzenie sprowadzające się mniej więcej do tego, że gdy płotki zaczynają w coś inwestować rekiny się z tego wycofują. Szturm na bitcoina i potem gwałtowny spadek kursu pewnie w dużej części potwierdza tę prawidłowość. To jednak nie znaczy, że za chwilę płotki jeszcze raz nie złapią przynęty by potem rekiny mogły się wyżywić.

Jeśli zatem nie chcemy być płotką rozważmy kilka spraw. Na początek najlepiej ostrzeżenie wydane przez Komisję Nadzoru Finansowego i Narodowy Bank Polski. KNF przed Amber Gold też ostrzegał, ale nikt nie zwracał na to uwagi. I choć sprawy są nieporównywalne, lepiej wczytać się w dokument. A tam jasno stoi, ze „wirtualne waluty nie są emitowane ani gwarantowane przez bank centralny państwa, nie są pieniądzem, tj. nie są prawnym środkiem płatniczym, ani walutą, nie mogą być wykorzystane do spłaty zobowiązań podatkowych oraz nie spełniają kryterium powszechnej akceptowalności w punktach handlowo-usługowych". Bo to, że jeden sklep na tysiące innych, dla medialnej wrzawy, ogłosi, że je akceptuje, nic jeszcze nie znaczy.

Dla niektórych to może być mało, więc dodam jeszcze, że istnieje ryzyko kradzieży w wyniku cyberataku, ryzyko związane z brakiem gwarancji czy oszustwa. Dla porównania - w systemie finansowym instytucji europejskich istnieje gwarancja depozytów do wysokości 100 tysięcy euro. Jeśli wiec jakiś bank upadnie BFG, czyli Bankowy Fundusz Gwarancyjny zwróci nam oszczędności do wysokości właśnie 100 tysięcy euro. Co jeśli mamy więcej? Najlepiej założyć np. lokaty w różnych bankach nie wyższe niż wspomniana kwota tak, by nie stracić nadwyżki. A z wirtualnymi walutami jest tak, ze możemy mieć nawet milion bitcoinów i nic nie odzyskamy, jeśli zaatakują nas hakerzy.

Kolejna spawa to wahnięcia kursów. Żadna normalna waluta na świecie nie ma takiego wykresu. Wszystko pięknie, jeśli kurs rośnie. Możemy zacierać ręce. Ale jeśli spada możemy dostać zawału. Państwa, które są gwarantem swoich walut mogą interweniować na rynku. I zresztą tak się powszechnie dzieje. By daleko nie szukać - NBP sprzedaje waluty obce, najczęściej euro, gdy złoty jest za słaby. Co ciekawe efekt tego jest podwójny. Wpływa na zatrzymanie osłabienia waluty a po drugie państwo za wymienione euro dostaje więcej złotówek niż przy mocnej naszej walucie, dzięki czemu ma więcej pieniędzy w budżecie. Innym narzędziem są stopy procentowe, które wpływają na koszt pieniądza. W przypadku bitcoina takich narzędzi nie ma. Inwestując w wirtualne waluty całe ryzyko bierzemy na siebie.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Bitcoin istnieje on na rynku już od dziesięciu lat i nadal nie wiadomo, kto za nim stoi… Jeśli to wszystko komuś nie przeszkadza może wirtualne waluty kupować. Póki, co zakazu nie ma.

Mało? Czytaj kolejny wpis...

Przeczytaj też